O autorze
Dziennikarz, redaktor, współautor książki o Violetcie Villas. Zwolennik zdrowego dystansu do świata i samego siebie.

Drużynowy Hugo-Bader

Jacek Hugo-Bader jest znany z wielu aktywności fizycznych i intelektualnych. Ostatnio był podejrzewany o splagiatowanie niektórych fragmentów swojej książki "Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak". Postanowił odwrócić uwagę od niechlubnych zarzutów. Przy pomocy profesora Jacka Hołówki i wsparciu „Gazety Wyborczej”.

Jaki jest pożytek z łażenia w Himalaje, stawia pytanie JHB i od razu wiadomo, że rozmowa będzie prowokacją. „Zadaniem sportu powinno być doskonalenie duszy i ciała, a w himalaizmie nie ma ani jednego, ani drugiego”, odpowiada prof. JH i już nie wiem, czy też prowokuje, czy faktycznie tak uważa.
Dalej, co akapit, to uderzenie czekanem między oczy.
Profesor mówi, że wspinacze to „ludzie mało wrażliwi. I strasznie niedojrzali ryzykanci”.
„ - Skoro więc już wszystko zdobyliśmy w zimie, bez butli z tlenem, w stylu alpejskim, w ciągu jednej doby, to teraz będzie trzeba zdobywać szczyty w nocy, idąc na bosaka, do tego z workiem cementu albo z fortepianem na plecach – prowokuje JHB.
- Trzeba zrobić coś, czego jeszcze nikt nie zrobił. Pluć pod wiatr, wytrwać bez jedzenia, bez picia, bez przyjaciół...”
A co w tym niezwykłego? Felix Baumgartner skoczył prosto z nieba, na żywo, a cały świat wstrzymał oddech, czy przeżyje. Czy to, w porównaniu ze zdobywaniem gór, nie jest większym szaleństwem? JHB też jeździ w głąb Rosji, bo uznał, że w Polsce już wysiedział się na ulicy, podotykał, polizał, nie mył się wystarczająco długo i wie jak to śmierdzi. Tematy zaczęły się powtarzać, zmieniały się tylko postaci. Reporterska adrenalina polskiej produkcji wyczerpała się. Znalazł dla siebie nowy obszar eksploracji.
JHB i JH dzielą himalaistów na harcerzy i awanturników. Taki podział można zastosować także w odniesieniu do innych środowiska. Do jakiej trafiłby JHB jako reporter?
Podobnie jak wspinacze znika z domu na kilka miesięcy i zakłada fortepian na plecy. Jak w „Białej gorączce”.
„Napastnicy jeszcze raz ich wyprzedzili, zawrócili i z piskiem opon ruszyli naprzeciw. Kiedy się mijali, Aleksander usłyszał huk. Jak na zwolnionym filmie zobaczył, że przez przednią szybę jego hondy z siłą przeciwpancernego pocisku przelatuje wielki klucz. Mężczyzna zahamował, wpadł w poślizg i wleciał do rowu. — To był fragment drogi z niezłym asfaltem — mówi. — Miałem ze sto czterdzieści. Oni pewnie też. Próbowałem to wyrwać z Larysy, ale się nie dało. Drugi koniec wyszedł tyłem głowy i wbił się w zagłówek”.
Opis nieprawdopodobny, ale jednak tylko harcerski. Gdyby JHB był awanturnikiem, w swojej reporterskiej wyobraźni znalazłby się na tylnym siedzeniu za Larysą, klucz przebiłby zagłówek i o centymetr minął jego głowę.
Himalaje reportażu JHB ma już za sobą. Może czas na skok do głębokiej wody? Koniecznie zimnej.
Trwa ładowanie komentarzy...